Zadzwoń do nas
+48 59 822 34 42

Aktualności

Wywiad z prezesem Henrykiem Recław w miesięczniku „Życie Kaszub”

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z prezesem Zarządu Wireland sp. z o.o., Henrykiem Recław. Wywiad ukazał się w sierpniowym numerze „Życia Kaszub”.

Przepis na sukces

Wiadomo nie od dziś, że to co polskie jest najlepsze. Nasze produkty cieszą się uznaniem nie tylko na rodzimym rynku, ale również w wielu krajach europy. Zawdzięczać to możemy przedsiębiorcom z rodzinnych firm, które zatrudniają 21% ogółu osób zatrudnionych w sektorze prywatnym. W regionie kaszubskim istnieje wiele działalności prywatnych oferujących usługi czy produkty bardzo dobrej jakości, jednak tylko nieliczne mogą szczycić się wieloletnim doświadczeniem, sukcesami na rynku polskim oraz międzynarodowym.

Henryk Recław z całą pewnością wpisuje się na listę ludzi sukcesu. Jego życiorys mógłby stanowić scenariusz niezłego hollywoodzkiego filmu. Dziś pan Henryk, prezes zarządu Wireland Sp. z o.o. w Bytowie, a w latach 90-tych jeden z najbogatszych ludzi w Polsce, w 1991 roku zajmujący 38 miejsce na liście najbogatszych Polaków publikowanej przez tygodnik „Wprost”, właściciel i współwłaściciel ponad 30 przedsiębiorstw, w tym koncernu wydawniczego. Specjalnie dla Życia Kaszub opowiada o swoim rodowodzie, filozofii biznesu, planach na przyszłość i ludziach, którymi się otacza.

W Bytowie mówi się, że Wireland to firma rodzinna. Ile w tym prawdy?

Henryk Recław: Podobnie mówią o moim koledze z licealnej ławy, Leszku Gierszewskim i jego firmie „Drutex”. Prawda leży pośrodku. Wprawdzie spośród 165 pracowników przedsiębiorstwa, 16 osób – czyli jakieś 10 % – to członkowie mojej rodziny, jednak większość załogi to mieszkańcy Bytowa i okolic, a także Kościerzyny.

Dobrze się pracuje z rodziną?

Henryk R.: Jestem bardzo przywiązany do wartości rodzinnych. Urodziłem się w wielodzietnej rodzinie. Było nas 14 rodzeństwa. Mieszkaliśmy początkowo w Kościerzynie. Ojciec prowadził po wojnie dobrze prosperujący zakład szewski. To były ciężkie czasy. Potem wraz z rodzicami – Anną i Leonem Recław – przeprowadziliśmy się do Bytowa. Tam skończyłem Liceum Ogólnokształcące i w 1968 roku zdałem maturę. Życie nauczyło mnie, żeby do wszystkiego dochodzić własną pracą i rozumem.

Ale ojca chrzestnego to miał Pan nie byle jakiego?

Henryk R.: Była wówczas taka zasada, że ojcem chrzestnym dziesiątego syna w rodzinie zostawał prezydent Bolesław Bierut, a ponieważ to ja urodziłem się jako dziesiąty syn moich rodziców, miałem za ojca chrzestnego właśnie Bieruta. Z tym wątkiem wiąże się zresztą historia związana z moim nazwiskiem. Nasza rodzina pierwotnie nosiła nazwisko Retzlaff. Urzędnicy państwowi naciskali, żeby je spolszczyć, bo nie wypada, żeby prezydent Bierut był chrzestnym w rodzinie z obco brzmiącym nazwiskiem. Specjalnym Zarządzeniem nr 72 Prezesa Rady Ministrów z 7 kwietnia 1952 roku zmieniono pisownię nazwiska z Retzlaff na Recław.

Pana kariera biznesowa rozpoczęła się tuż po studiach?

Henryk R.: Po ukończeniu studiów technicznych pracowałem początkowo jako inżynier budowy w Kombinacie Budowlanym w Koszalinie. Po 13 latach pracy odszedłem z niego jako zastępca naczelnego inżyniera. Już w 1986 roku założyłem własne Przedsiębiorstwo Budowlane „Arbet”, potem była Korporacja Budowlana „Arbet”, Fabryka Styropianu „Arbet” i wiele innych przedsiębiorstw. W tych prywatnych firmach zatrudnialiśmy około 1.200 osób.

Tylko budownictwo Pana interesowało?

Henryk R.: Nie tylko. W 1991 roku zostałem prezesem Koncernu Wydawniczego „Forum”, które było właścicielem „Głosu Pomorza”. Byłem też przewodniczącym Rady Nadzorczej spółki „Hetman”, właściciela Hotelu „Arka” w Koszalinie. Udziały większościowe w „Głosie Pomorza” drogo mnie kosztowały politycznie. Prasa jest ciągle zależna, a ja tego wtedy nie rozumiałem

To co się stało, że wrócił Pan na kaszubską ziemię?

Henryk R.: Życie, niestety, nie jest usłane różami, miałem więc i trudne chwile stanowiące specjalny rozdział do opisania przeze mnie, być może już na emeryturze? W Bytowie i Kościerzynie została moja rodzina. Już w dorosłym życiu po cichu marzyłem o powrocie do Bytowa.

Jest Pan obecnie prezesem zarządu i głównym udziałowcem bytowskiej firmy Wireland Sp. z o. o. , która niedawno obchodziła 45 – lecie istnienia. Ta fabryka to Pana „oczko w głowie”, sądząc po tym, jak dynamicznie rozwija Pan jej działalność?

Henryk R.: Jesteśmy liderami w wyposażaniu sklepów w regały z drutu. Realizujemy zamówienia od pomysłu, projektu, po wizualizację, wykonanie i montaż. Naszymi klientami są zarówno wielkie sieci jak Piotr i Paweł, Tesco, Intermarche czy PSS Społem, jak i mniejsze sklepy. Produkujemy też osłony śmietnikowe, kilka takich nawet można zobaczyć w Kościerzynie, na terenie zasobów mieszkaniowych TBS czy Spółdzielni Mieszkaniowej „Wspólny Dom”. Od ubiegłego roku produkujemy ogrodzenia panelowe WireFence. Ich sprzedaż rośnie lawinowo, z czego się bardzo cieszymy, zwłaszcza że jesteśmy jedynymi w regionie producentami tego typu systemów ogrodzeniowych. Obecnie rozwijamy sieć dystrybutorów, a nasze ogrodzenia można kupić między innymi w składzie budowlanym „Repiński” w Kościerzynie czy firmie PEK-ROL w Nowej Karczmie. Uważam, że trzeba się dzielić nie tylko pracą, ale też zyskami. W ten sposób rośnie dobrobyt i napędza się siła gospodarki.

To szczególnie cenne podejście w robieniu biznesu. Czy to ze względu na taką postawę został Pan umieszczony na 144 miejscu na liście 500 najlepszych polskich menedżerów, wytypowanych przez „Puls Biznesu”?

Henryk R.: Mam takie, może trochę staroświeckie, podejście do pracy… Jest dla mnie olbrzymią wartością i przynosi mi sporo satysfakcji. Często pracuję nawet do nocy, zwłaszcza teraz, kiedy rozpoczynamy nowy etap rozwoju firmy. Właśnie zakupiliśmy najnowszej generacji laser Trumph pracujący w technologii Fiber, tj. na światłowodach. Będziemy bezkonkurencyjni cenowo, a do tego dzięki najnowocześniejszej technologii zagwarantujemy klientom najkrótsze terminy wykonania i najwyższą jakość usług. Nieustanne rozwijanie firmy i dbałość o jak najwyższy poziom usług dostrzegła również na szczeblu ogólnopolskim kapituła konkursu „Pozytywista Roku 2013”, przyznając Wirelandowi wyróżnienie w kategorii „Badania i rozwój”.

Dużo Pan poświęca pracy. Co jest poza nią?

Henryk R.: Praca daje satysfakcję, ale jeśli bierzesz na siebie zbyt wiele spraw i będziesz je mnożyć, nie unikniesz szkody – tego nauczyło mnie życie. Dlatego dbam o równowagę pomiędzy pracą, a odpoczynkiem i czasem poświęcanym innym ludziom. Mam już dorosłe dzieci – mój najstarszy syn, 37- letni Remigiusz, ksiądz jezuita, jest dyrektorem Ośrodka Odnowy w Duchu Świętym w Łodzi, młodszy od niego o rok Arkadiusz jest świetnym ekonomistą, pełnomocnikiem zarządu spółki Wireland, a 25-letnia córka Karolina studiuje wzornictwo na Politechnice Koszalińskiej. Dwa razy do roku, zimą na nartach, a latem – na pieszych wycieczkach w górach spędzam z nimi więcej czasu.

Jaki jest Pana przepis na sukces?

Henryk R.: W firmie – recepta na sukces to połączenie mojego doświadczenia z mądrością i pracowitością młodych. To się doskonale sprawdza w naszej fabryce. Obok doświadczonych pracowników, którzy w branży metalowej pracują od ponad 45 lat, mamy młodych, świetnie wykształconych menadżerów, jak choćby kościerzynianin, Szczepan Pobłocki, który jest świetnym dyrektorem operacyjnym w Wireland sp. z o.o. We wszystkim trzeba znaleźć złoty środek i równowagę. I tego ciągle poszukuję.

Kontynuując przeglądanie strony, zgadzasz się z polityką prywatności i cookies więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close